Po ubogich w emocje oraz zwroty akcji i przede wszystkim bardzo krótkich Finałach Konferencji mocno liczyliśmy, że Finał Pucharu Stanleya zrekompensuje nam te rozczarowania. Już po pierwszym meczu mogliśmy czuć się dopieszczeni, a po starciu nr 2 możemy całkiem na poważnie przymierzać się do rozważań czy aby nie oglądamy najlepszych finałów od co najmniej dekady. W czwartkową noc obejrzeliśmy wielki comeback Caroliny Hurricanes, poważny trenerski błąd Johna Tortorelli, który mógł przesądzić o porażce Golden Knights, wyrównanie przy zdjętym bramkarzu oraz niespodziewaną pobudkę powerplaya Huraganów w najlepszym możliwym momencie, dzięki której rywalizacja opuszcza Raleigh przy stanie 1-1. Mecz nr 2 podwinął rękawy, rozpiął dwa guziki koszuli przy szyi, rzucił do meczu nr 1: „potrzymaj mi piwo” i ruszył na parkiet fundując nam genialną rozrywkę.

Zanim jednak doczekaliśmy się fajerwerków trzeba było przetrwać dość niemrawe otwarcie, to bodaj jedyny zarzut pod adresem Game 2. Hurricanes nieźle zaczęli, już w drugiej minucie meczu dostali powerplaya, ale za wyjątkiem niezłej szansy Taylora Halla niewiele podczas niego wykreowali. Golden Knights mieli wielkie problemy z przeniesieniem gry w tercję ataku, w pewnym momencie zegar odmierzający czas od ostatniego (a zarazem jedynego!) celnego strzału Rycerzy zbliżał się do 12 minut. To wtedy Mitch Marner w ciemno wybił krążek spod bandy we własnej tercji wysokim lobem. Za akcją ruszył Brett Howden, na niebieskiej wygrał siłową walkę o pozycję z Seanem Walkerem i popędził sam-na-sam z Freddiem Andersenem. Howden, posiadacz chyba najgorętszej ręki w tegorocznych play-offach, oczywiście się nie pomylił:

To był dwunasty gol Howdena w play-off, a to wcale nie było jego ostatnie słowo tego dnia. W dość podobny sposób zaskoczył Carolinę w drugiej tercji. Akurat kończył się kiepsko rozegrany PP Las Vegas, ale Canes nie zdążyli uporządkować obronnych szyków. Długie podanie Hanifina do Barbaszowa nie zostało przechwycone przez Jarvisa, a Rosjanin spod bandy ładnie wypatrzył rozpędzającego się środkiem tafli Howdena i wprowadził go do tercji ataku. Howden znowu błysnął fizycznością – sytuację próbował ratować bodaj najlepiej grający kijem w obronie ligowiec Jaccob Slavin, ale napastnik Vegas zastosował klasyczną hokejową „sztywną rękę” – subtelnie, ale zdecydowanie i w ramach przepisów wypchnął kij Slavina z drogi i pozostało mu już tylko przełożyć Freddiego Andersena. Zbliżaliśmy się do połowy meczu, Golden Knights oddali dopiero szósty strzał a mieli już dwa gole.

To jednak nie tak, że wszystko szło po ich myśli. Ważne wydarzenie dla reszty meczu i być może dla losów całego finału miało miejsce jeszcze w pierwszej tercji. Bardzo mocny strzał Nika Ehlersa trafił lidera bloków w ekipie Golden Knights Braydena McNabba prosto w twarz. Zdaje się, że pleksa przy kasku chroniąca oczy zebrała trochę mocy uderzenia, ale nie ulega wątpliwości, że nos i zęby McNabba przyjęły bardzo mocną dawkę. Obrońca Vegas natychmiast zbiegł do tunelu prowadzącego do szatni i tego dnia już więcej go nie zobaczyliśmy… Game 1, w którym do składu Vegas wrócił Jeremy Lauzon był pierwszym meczem od października, gdzie Golden Knights mieli do dyspozycji wszystkich swoich zawodników – wytrzymali w pełnym zdrowiu zaledwie jedno spotkanie. Kto wie co dalej, jeśli McNabba zabraknie w kolejnych spotkaniach to obrona Rycerzy będzie miała duże kłopoty.

Hurricanes? Długo testowali cierpliwość swoich kibiców. Niewiele działo się pod bramką Cartera Harta, choć gospodarze długo mieli wyraźną przewagę w celnych strzałach. Boleśnie blokował McNabb, lepiej/skuteczniej czynił to samo zwłaszcza Dylan Coughlan, który dwa razy w meczu zapobiegł utracie gola stając na linii strzału. Wszystko zmieniło się w trzeciej tercji, po jednej z kapitalnych zmian, w której Canes przez jakieś dwie minuty siedzieli na rywalu. Nie strzelili gola, ale podłączyli emocjonalnie kibiców do meczu. Ewidentnie nabrali wiatru w żagle, poszli za ciosem i za moment zdobyli gola kontaktowego. Sygnał do ataku dała najlepsza formacja dwóch pierwszych rund play-off: Hall-Stankoven-Blake:

Byli na lodzie we trójkę, ale całą robotę wykonał Stankoven. Ukradł krążek Rasmusowi Anderssonowi i wpakował go do sieci przy nieco za późno reagującym Harcie. To był moment, kiedy rozkręciło się prawdziwe szaleństwo:

Nieco ponad dwie minuty później mieliśmy już remis. Genialnie rozwiązana akcja przez duet Carrier-Jankowski. Ten pierwszy popisał się niesamowitą ekwilibrystyką, żeby nie spalić akcji i znakomicie wyłożył krążek Jankowskiemu a ten popisał się doskonałym strzałem pod poprzeczkę. Pierwszy gol Jankowskiego w play-off (choć miał już dwa anulowane po VARze…) nie mógł przyjść w lepszym momencie. Zwrot akcji na korzyść Hurricanes mógł iść dalej zgodnie z logiką, ale przecież tam gdzie hokej tam kończy się logika. Kolejna sytuacja to… krążek w bramce Caroliny.

W kapitalnej sytuacji sam na sam z Andersenem znalazł się nagle Iwan Barbaszow. Duńczyk świetnie obronił i jeszcze zdążył zebrać się w porę do dobitki objeżdżającego bramkę Rosjanina. Tłum obrońców Caroliny w polu bramkowym w pierwszej chwili przesłonił (dosłownie) fakt, że krążek po chwili znalazł się w bramce. Tyle, że sędzia od razu zasygnalizował, że gola nie ma. Nie mam co do tego pewności, ale wydaje mi się, że wyjściowo też po prostu nie zauważył, że krążek gdzieś pod Andersenem przetoczył się do bramki – zaistniał tutaj klasyczny intent to blow the whistle. W oczach arbitra gra była już przerwana, po prostu jeszcze nie odgwizdał zamrożenia krążka. Później jednak sędziowie formalnie przedstawili swoje stanowisko, że gola nie ma, bo Andersen był faulowany – to było podstawą dla Johna Tortorelli by rzucić im challenge i sprawdzić to na video. Tu sytuacja raczej była już dość klarowna – Andersen wyraźnie miał kontrolę nad krążkiem, stracił ją dopiero po to jak Barbaszow kilkukrotnie dźgnął go kijem. Challenge Tortsa został odrzucony, Hurricanes dostali za to powerplay i po kilkudziesięciu sekundach go wykorzystali:

Nic wielce pomysłowego, ot, wrzutka Gostisbehere’a obliczona na trącenie przez Staala zasłaniającego Harta, ale jakie wykonanie! Istniał scenariusz, w którym Vegas właśnie tym golem przegrywają cały mecz i byłaby to przegrana, za którą mogliby podziękować Tortorelii i jego sztabowi. TAKI życzeniowy challenge w TAKIM momencie? Kiedy jest remis na pięć minut przed końcem meczu? MUSISZ być pewny swojej racji. Fatalne posunięcie Johna, zresztą zaryzykuję tezę, że nie ostatnie. Minutę później sędziowie odgwizdali wątpliwą karę za interference na Jacksonie Blake’u. Vegas mieli powerplay i nie ściągnęli bramkarza. Zrobili to dosłownie w momencie, kiedy skończył się nieudany PP i to wtedy Mark Stone dobił wrzutkę Mitcha Marnera:

Drugi raz tego wieczoru Canes obronili się w osłabieniu i stracili gola tuż po tym, jak ukarany gracz wrócił na lód. Duży pech, a Golden Knights naprawdę mogli wtedy mówić o wielkim szczęściu, bo będę się upierać, że taktycznie bardzo źle zarządzili tą końcówką.

A więc dogrywka. W każdej rundzie play-off Hurricanes grali OT w Game 2. Tak było z Ottawą, z Philly i z Montrealem. Wszystkie poprzednie zwyciężyli i teraz też wyszli z tej opresji obronną ręką. Faul Hertla na Staalu skutkujący upadkiem kapitana Canes, Czech odesłany do boksu kar i przebudzony PP gospodarzy rozstrzygnął losy meczu. Znowu na kierownicy w bramkowej akcji Shayne Gostisbehere, który tym razem pięknie wyłożył gumę na one-timera do Setha Jarvisa i to właśnie posiadacz najbardziej charakterystycznej grupy kumpli w całej NHL został bohaterem Game 2:

Wybitny finisz meczu, ostatnie 15 minut efektywnego czasu gry to była totalna jazda bez trzymanki. I chyba dobrze dla serii, że skończyło się wygraną gospodarzy, bo przy sytuacji dwóch wyjazdowych wygranych Golden Knights bylibyśmy w niebezpieczeństwie rychłego końca, a tak mamy zrobioną idealną podbudowę pod 6,7-meczowy klasyk.