Choć wrzesień kojarzy się przede wszystkim z początkiem okresu przedsezonowego, w środowisku NHL bywa też nieformalnie nazywany sezonem PTO – okresem, w którym niezastrzeżeni wolni agenci szukają dla siebie miejsca w lidze. Zazwyczaj w pierwszych dwóch tygodniach miesiąca dziesiątki zawodników podpisują profesjonalne umowy na testy, czyli tzw. PTO (Professional Tryout). Wielu z nich liczy na wywalczenie kontraktu w NHL po tym, jak podczas wolnej agentury nie udało im się znaleźć umowy, na jaką liczyli. Inni mają nadzieję przekonać do siebie klub i otrzymać kontrakt dwukierunkowy, dzięki czemu unikną konieczności szukania gwarantowanego zatrudnienia za granicą.
Tradycyjnie okres przygotowawczy trwał większą część trzech tygodni, a drużyny rozgrywały nawet dziewięć meczów. Dla doświadczonych zawodników liczących na kontrakt jednostronny PTO miało również pewną wartość z punktu widzenia zespołu, który mógł dzięki temu spełnić wymóg wystawienia co najmniej ośmiu zawodników w każdym meczu przedsezonowym. Innymi słowy: zawodnik dostawał szansę, by się zaprezentować, a klub nie musiał w tym czasie tak intensywnie korzystać ze swoich podstawowych, doświadczonych graczy. System był więc korzystny dla obu stron, choć zazwyczaj niewielu zawodnikom udawało się ostatecznie zamienić PTO na pełnoprawny kontrakt.
Teraz sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej. W ramach porozumienia dotyczącego wydłużenia sezonu zasadniczego z 82 do 84 spotkań zespoły mogą obecnie rozegrać maksymalnie cztery mecze przedsezonowe. Wyjątkiem są specjalne, jednorazowe wydarzenia, takie jak Hockeyville – w ich przypadku drużyna może rozegrać pięć spotkań. Dodatkowo zawodnicy, którzy mają na koncie co najmniej 100 meczów w NHL, mogą wystąpić w maksymalnie dwóch spotkaniach przedsezonowych.
To ograniczenie czasu gry weteranów sprawia, że zapraszanie ich na PTO staje się znacznie mniej atrakcyjne. Czym innym jest sytuacja, w której klub może dać zawodnikowi pięć czy sześć meczów oraz kilka tygodni treningów, aby sprawdzić, jak radzi sobie w różnych rolach. Zupełnie inaczej wygląda to wtedy, gdy do dyspozycji pozostaje znacznie mniej treningów i zaledwie dwa mecze, by ocenić, czy dany zawodnik pasuje do składu.
Szansa na odpowiednie zaprezentowanie swoich umiejętności jest więc zdecydowanie mniejsza. Ocena przydatności zawodnika pod kątem potencjalnego kontraktu będzie w większym stopniu opierać się na jego dotychczasowych osiągnięciach i reputacji niż na tym, jak prezentuje się półtora tygodnia po rozpoczęciu obozu treningowego.
W praktyce czas na dokonanie oceny został skrócony do tego stopnia, że niektóre kluby mogą w ogóle zrezygnować z zapraszania zawodników na PTO i zamiast tego dać dodatkową szansę któremuś z własnych prospektów. Tym bardziej że kilka drużyn znajduje się obecnie w sytuacji, w której w przypadku braku miejsca w składzie będzie musiało po raz pierwszy wystawić na listę waivers któregoś z interesujących młodych zawodników. W takich okolicznościach dodatkowy test własnego prospekta może być dla klubu bardziej wartościowy niż sprowadzenie zawodnika na PTO.
Nie oznacza to oczywiście, że w najbliższych dniach nie będą podpisywane kolejne umowy PTO. Kilka takich przypadków już mieliśmy, a następnych z pewnością będzie więcej – szczególnie wśród zawodników, którzy liczą na wywalczenie kontraktu dwukierunkowego.
Nie byłoby jednak zaskoczeniem, gdyby część weteranów, którzy w poprzednich latach zazwyczaj decydowali się na PTO, tym razem zaakceptowała od razu kontrakt w okolicach ligowego minimum albo zdecydowała się poczekać w nadziei na otrzymanie takiej umowy. Wiedzą bowiem, że zaledwie dwa mecze przedsezonowe raczej nie wpłyną w istotny sposób na ich wartość na rynku.
Pierwsze mecze przedsezonowe odbędą się już za około dwa tygodnie, więc nie będziemy musieli długo czekać, aby przekonać się, czy nowe zasady dotyczące okresu przygotowawczego rzeczywiście zmienią charakter tegorocznego „sezonu PTO”.


Komentarze pod tekstem