Dzięki amerykańskim produkcjom filmowym niemal każdy stan i każde miasto w USA ma przylepioną jakąś łatkę. Nowy Jork podobno nigdy nie śpi, w Chicago urywa głowę od wiatru, a w Nashville każdy mieszkaniec od świtu do nocy gra country na drewnianej werandzie. Wiele z tych pogłosek jest grubymi nićmi szytych, natomiast najszczerszą prawdą jest to, co od dekad mówi się o Teksasie. Tam ludzie po prostu rodzą się z karabinem szturmowym zamiast pępowiny, a na każdą zmianę władzy reagują obojętnym wzruszeniem ramion, dodając tylko, że dopóki nikt nie próbuje ruszać ich prywatnej zbrojowni w piwnicy, to wszystko im jedno. Kiedy jednak ci sami Teksańczycy dowiedzą się, jaki pomysł na obronę własną wprowadzono na jednym z uniwersytetów w stanie Michigan, to gwarantuję wam, że zastrzeliliby się nawzajem ze śmiechu. Okazuje się bowiem, że mały kawałek wulkanizowanej gumy, nasz ukochany atrybut do gry w hokeja, ma tam bronić bezbronnych studentów przed uzbrojonymi przestępcami.
Dokładnie w tym samym stanie wychował się niejaki Marshall Mathers, znany szerzej całemu światu jako Eminem. Pamiętacie jeszcze kultowy film Ósma Mila? Tam jeden z rywali rapera rzucił na koniec ulicznej bitwy pożegnanie sugerujące, że ma w głębokim poważaniu swojego oponenta, ale mimo to życzy mu miłego dnia. Detroit oraz całe Michigan zasłynęło z tego, że oprócz zmyślnych hip-hopowych wyzwisk, można tam było całkiem przypadkiem zarobić w ciemnym zaułku kilka ołowianych kulek. Obecnie ośrodek miejski odżywa, ale w ciągu poprzednich kilkunastu lat wycofanie się branży motoryzacyjnej i gigantyczne bankructwo miasta sprawiło, że patologiczna okolica wokół wspomnianej drogi rozlała się niczym toksyna na większość aglomeracji. Przestępczość swego czasu wywaliła tam poza wszelką skalę. Ludzie masowo pakowali dobytek i uciekali do innych stanów, zostawiając za sobą puste domy, które do dziś straszą powybijanymi oknami niczym scenografia z postapokaliptycznej gry Fallout. Detroit powoli wstaje z kolan i próbuje się odbudować, ale wciąż są tam miejsca, gdzie po zmroku nawet policja woli nie wjeżdżać bez silnego wsparcia z powietrza.
Lewicowy poglądowo stan Michigan od lat staje na rzęsach, żeby w świetle prawa maksymalnie ograniczyć wolny dostęp do broni palnej. A już prawne usankcjonowanie uzbrojenia studentów to dla tamtejszych polityków absolutne samobójstwo i niewybaczalna herezja. Nie zmienia to jednak brutalnego faktu, że wszyscy bandyci, którzy broń chcą mieć za wszelką cenę, i tak ją bez problemu zdobywają. Kampusy akademickie stały się łatwym celem, a uniwersytecka policja nadaje się najwyżej do łapania zestresowanych pierwszoroczniaków na paleniu trawki za akademikiem, a nie do powstrzymywania psychopaty z automatem. W obliczu tego kryzysu Oakland University zebrał swoje najtęższe akademickie umysły. Wyobrażam to sobie jako kuriozalne spotkanie ludzi, którzy na co dzień badają wpływ scrollowania TikToka na populację chomików syryjskich. Nagle jeden z nich wstaje, poprawia okulary i z pełnym przekonaniem krzyczy do zgromadzonych jedno słowo. Krążek.
I słowo stało się ciałem. Szef uniwersyteckiej policji, Mark Gorton, z pełną powagą stwierdził, że studenci powinni zostać uzbrojeni w hokejowe gumy i w razie zagrożenia życia rzucać nimi w napastnika. Gość na konferencji przypomniał sobie, że kiedyś oberwał takim rykoszetem w głowę i bolało jak diabli. Jego wybitny proces myślowy doprowadził go do wniosku, że wkurwiony i naćpany gangster z odbezpieczoną klamką w ręku nagle skapituluje z płaczem, gdy dostanie w czoło kawałkiem gumy. Gorton podkreślał z dumą, że krążek w szafce to nie tylko broń miotająca, ale też symbol. Symbol tego, że młodzi ludzie nie są bezbronni. Przychodzi mi tu na myśl tylko jeden klasyczny cytat z polskiego internetu i wielkiego myśliciela Marcina Różalskiego. No to jest kurwa nieprawda.
Uczelnia jednak wcale nie żartowała z tym przełomowym programem zbrojeniowym. Poszli na zakupy i wydali publiczne pieniądze na 2500 hokejowych krążków, które uroczyście wręczono studentom, zobowiązując ich do trzymania tego arsenału w swoich szafkach. Planowano z rozpędu dokupić kolejne 1700 sztuk i wcisnąć je w ręce wykładowców. Szybko jednak okazało się, że trzy czwarte z nich stanowczo odmówiło udziału w tej farsie. Kadra naukowa najwyraźniej uznała, że robienie z siebie i swoich podopiecznych całkowitych idiotów ma jednak pewne granice. Taki plan uniwersyteckiej obrony taktycznej sprawia, że słynny wystrzał z granatnika w komendzie głównej policji w Warszawie brzmi nagle jak precyzyjnie zaplanowana operacja sił specjalnych.
Zwizualizujmy to sobie, bo moja wyobraźnia właśnie weszła na najwyższe obroty. Mamy środek tygodnia, godzina 13:00, wielka sala wykładowa na wydziale kulturoznawstwa w Oakland. Nagle do pomieszczenia wypada z buta zdesperowany napastnik. Krzyczy, wyzywa profesora od najgorszych, żąda wszystkich pieniędzy i grozi śmiercią. Wtedy na znak, niczym w kiepskim filmie o superbohaterach z budżetem kręconym kalkulatorem, 40 studentów wstaje z miejsc. Zgodnie z wytycznymi bezpieczeństwa sięgają do kieszeni. Nie mają tam jednak smartfonów, żeby nagrać vloga o swoim rychłym końcu. Wyciągają z dżinsów śmiercionośne, czarne, gumowe krążki.
I zaczynają rzucać.
Nie mówimy tu o potężnym strzale z nadgarstka, jaki posiada Connor Bedard. Mówimy o desperackim rzucie spoconego z nerwów studenta, który ostatni kontakt ze sportem miał grając w FIFĘ na konsoli w zeszłe wakacje. Uzbrojony napastnik dostaje serią powolnych, niecelnych rzutów. Kilka krążków z brzękiem rozbija okna, jeden trafia rykoszetem w tablicę, dwa kolejne miękko lądują pod nogami agresora. Gość patrzy na to wszystko z politowaniem. To scenariusz wyjęty żywcem z kultowej gry Age of Empires, gdzie zgraja tubylców próbuje zniszczyć opancerzony oddział wroga rzucając w niego drewnianymi widłami. Cała ta obrona przypominałaby wiralowe nagrania z gal pokroju Fame MMA, gdzie pretendent o posturze wygłodzonej mrówki próbuje fizycznie podskoczyć do dwumetrowego kulturysty.
Zatrzymajmy się na moment przy samej mechanice. Standardowy krążek waży od 156 do 170 gramów. Kiedy uderza w niego na przykład Auston Matthews swoim kompozytowym kijem z siłą, która mogłaby urwać zderzak w samochodzie, to faktycznie mamy do czynienia z pociskiem artyleryjskim. Ale w rękach przerażonego 20-latka? Żeby wyrządzić komuś krzywdę krążkiem rzucanym z gołej ręki, trzeba by chyba podejść na odległość jednego metra i uderzyć nim prosto w potylicę. Zamiast zamawiać 2500 gum, uczelnia mogła po prostu zatrudnić kilku emerytowanych zabijaków z lodowisk NHL. Ktoś pokroju Boba Proberta, z którym nikt w Detroit przecież nie odważyłby się dyskutować, załatwiłby sprawę bezpieczeństwa w pięć minut. A dziś? Taki Matt Rempe mógłby po prostu stać w drzwiach uniwersytetu i gwarantuję, że sama jego aparycja zniechęciłaby każdego potencjalnego agresora.
W świetle absurdalnego amerykańskiego prawa, za chwilę taki krążek naprawdę stanie się bronią regulamentowaną. Zaledwie kilku nadgorliwych polityków dzieli nas od momentu, w którym posiadanie narzędzia pracy hokeistów będzie wymagało licencji, pozwolenia od szeryfa i wielotygodniowego oczekiwania na pieczątkę. Wyobraźcie to sobie na lodowiskach NHL. Jordan Binnington mógłby wreszcie oficjalnie oskarżyć każdego napastnika z New York Rangers, który wjedzie w jego pole bramkowe, o próbę zamachu z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Zresztą biorąc pod uwagę to, co na lodzie w ułamku sekundy potrafi odwalić Nazem Kadri, to może faktycznie w jego rękach czarna guma staje się niebezpiecznym ładunkiem wybuchowym. A tak na poważnie, wybitni strzelcy tacy jak Aleksandr Owieczkin, czy nasz legendarny Mariusz Czerkawski, całą swoją karierę używali tego sprzętu do dziurawienia siatki w bramce, a nie do ratowania ludzkiego życia na tanim linoleum uniwersyteckich korytarzy.
Rzucanie krążkiem w gościa z odbezpieczoną lufą brzmi równie uspokajająco i logicznie, co stawianie własnego domu u bukmachera na to, że Marcin Najman tym razem na sto procent wygra walkę w pierwszej rundzie.
Na koniec mała przestroga, wprost dla mądrych głów z Michigan. Pamiętajcie, że raz w roku każdy krążek wystrzeliwuje się sam.
Autorzy: Michał Kolasiński / Michał Ruszel


Komentarze pod tekstem