Zespół NHL w trasie to perfekcyjnie naoliwiona maszyna. Hotel, autokar, lotnisko, czarter. Z zegarkiem w ręku, bez miejsca na improwizację. To zamknięty, hermetyczny świat, w którym największym zmartwieniem jest zazwyczaj to, czy kawa w termosie jest wystarczająco mocna i czy trener nie dorzuci jutro rano dodatkowych, morderczych sprintów od bandy do bandy za odpuszczenie trzeciej tercji w ostatnim meczu. Czarterowy samolot to dla tych chłopaków wręcz świętość. To konfesjonał, kasyno, sypialnia i gabinet odnowy biologicznej w jednym. Zamykasz za sobą drzwi, odcinasz się od wścibskich dziennikarzy z dyktafonami przy twarzy, od wybrednych fanów, od całego tego medialnego szumu, którym karmimy was my. Zakładasz słuchawki z redukcją szumów, odpalasz głupi serial albo tniesz w karty z chłopakami z czwartej formacji na tylnych siedzeniach. Rozluźniasz krawat, bo w końcu nikt nie patrzy.
I nagle to wszystko bierze w łeb.
Kiedy we wtorek gruchnęła informacja, że samolot Pittsburgh Penguins awaryjnie lądował chwilę po starcie i pośpiesznie kołował pod terminal na Salt Lake City International Airport, w pierwszej chwili pomyślałem: no tak, awaria. Znowu jakaś usterka w hydraulicznym systemie Boeinga. Ptak wpadł w turbinę, cokolwiek. To się przecież zdarza non stop. Ale potem zaczął spływać ten lodowaty, wyprany z emocji strumień oficjalnych komunikatów. Komunikatów, które zawsze zwiastują coś o wiele gorszego. Zespół ogłosił „epizod medyczny”. Chwilę później na Twitterze zaroiło się od plotek, aż w końcu świetnie poinformowani reporterzy, tacy jak Seth Rorabaugh, zaczęli rzucać konkretami. Atak padaczkowy na pokładzie – tak przynajmniej od wczoraj krzyczeli ci wszyscy świetnie poinformowani twitterowi medycy. Dzisiaj rano Kyle Dubas wyszedł do mikrofonu i brutalnie zgasił te rewelacje: to było 'tylko’ omdlenie wazowagalne. Organizm po prostu odciął mu prąd. Dostał tlen na pokładzie i momentalnie odzyskał przytomność. Strach jednak ma wielkie oczy, a w takich sytuacjach nikt nie będzie ryzykował, więc awaryjne lądowanie było jedynym wyjściem.
19 lat. Pomyślcie o tym przez chwilę, zanim zaczniecie wieszać psy na ich bilansie w tabeli.
Ben Kindel. Chłopak, który jeszcze przed chwilą z trądzikiem na twarzy jeździł w Calgary Hitmen na juniorskich taflach WHL, a teraz ma mieć całą organizację u swych stóp. Kiedy wyciągali go z samolotu i w pośpiechu pakowali do stojącej już na pasie karetki,
w pakiecie premiumDarmowy fragment za Tobą
Wszystko w NHL zasługuje na szerszy komentarz
Odblokuj pełny tekst, inne analizy redakcji, felietony i archiwum NHL w PL. To nasze hobby, ale także praca, wesprzyj nasze działania.
Czytaj dalej z abonamentem- Dłuższe teksty i komentarze po najważniejszych wydarzeniach NHL
- Analizy kontraktów, transferów, play-offów i klubowych decyzji
- Dostęp do treści premium oraz archiwum serwisu
- To, co robimy, możesz prześledzić w sekcji darmowych tekstów
Wybierz pakiet, aby przejść do zamówienia.

Komentarze pod tekstem